...

...

27 lipca 2015

Rozdział 28

Oczami Carmen:

- Proszę. Ta powinna ci się spodobać. - Linia wręcza mi suknię zawiniętą w brązowy papier. Szybko rozrywam opakowanie, a moim oczom ukazuje się skromna, zielona sukienka z satyny, zakończona czarną koronką i przewiązana nią w pasie. Do tego stylistka wybrała mi czarne szpilki obite zamszem, niesamowicie wygodne i delikatny, srebrny medalion z onyksem w środku. Ubieram się szybko, nie spoglądając w lustro. Na moje blade ciało padają ciepłe promienie popołudniowego słońca, wpadające przez niezasłonięte okno.

Dziś dzień oficjalnego ogłoszenia moich zaręczyn z Akwilą. Mężczyzna przybędzie tu za niecałą godzinę, tak samo jak ekipa filmowa z Kapitolu. Moja stylistka razem z opiekunką, Vanessą, przyjechały już kilka godzin temu, aby doprowadzić mnie do jako takiego porządku przed wywiadem. Po niemal dwóch godzinach szorowania, golenia, malowania paznokci i moczenia się w wonnych olejkach czuję się wyczerpana fizycznie i psychicznie. Całe szczęście, że kobiety nie zabrały ze sobą mojej ekipy przygotowawczej; to najbardziej irytujący ludzie jakich przyszło mi spotkać. 

Po ułożeniu fryzury, siadamy razem na kanapie z kubkami parującej herbaty. To moje ostatnie chwile prywatności, potem zostanę wystawiona na widok publiczny niczym ofiara publicznej egzekucji i obdarta z moich najskrytszych tajemnic. Trochę mnie to przeraża.

Odkąd dowiedziałam się, że po raz kolejny zostanę wykorzystana, wszystkie moje plany straciły jakikolwiek sens. Wcześniej miałam jeszcze jakąś złudną nadzieję, że uda nam się wyciągnąć Maysona z Kapitolu, teraz jednak, kiedy mam w perspektywie tylko uwięzienie w fikcyjnym małżeństwie, nie mam już żadnych marzeń. Jedynym moim pobożnym życzeniem jest to, żeby nie było tak źle jak w koszmarach, które śnią mi się każdej nocy.

- Przyjechali - rozlega się ciche powiadomienie z ust Janet, stojącej przy oknie. Podchodzę do niej i spoglądam na dziedziniec Wioski Zwycięzców. Ekipa telewizyjna już rozstawia swój sprzęt, jednak bardziej interesuje mnie to, co dzieje się pod drzwiami mojego domu. Niemal pod same schody mieszkania podjeżdża czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Bez wątpienia został przywieziony tutaj pociągiem, w naszym dystrykcie są tylko trzy samochody i to o wiele starsze. Z wozu wysiada ubrana w ciemne kolory postać. Lśniące blond włosy, wyprostowana, arystokratyczna postawa, lekceważąca mina - to z pewnością Akwila. Włosy jeżą mi się na karku na myśl, że to z nim będę musiała spędzić swoją najbliższą przyszłość.

- Chodź. Czas się przywitać. - Vanessa delikatnie łapie mnie za łokieć i prowadzi do przedpokoju. Mężczyzna już tam jest, doskonale wyczuwam jego mocne perfumy i bijącą od niego arogancję. W pierwszym momencie chcę się wycofać, schronić z powrotem w cichej, bezpiecznej garderobie, ale delikatny dotyk mojej opiekunki skutecznie przywołuje mnie do porządku, przecież mam grać swoją rolę.

- Witaj, Carmen. - Mężczyzna składa na mojej dłoni delikatny pocałunek. Jego głos delikatnie wibruje w powietrzu, sprawiając, że nikt nie może oderwać wzroku od Akwili. - Nawet nie wiesz, jak miło mi cię poznać.

Słowa więzną mi w gardle. Tylko siłą woli zmuszam się do delikatnego uśmiechu, choć mam ogromną ochotę wyrwać mu dłoń i wytrzeć ją w materiał sukienki. Wiem jednak, że to z pewnością nie było zawarte w scenariuszu. Zapada krępująca cisza, wszyscy chyba oczekują, że teraz ja coś powiem.

- Tak... Mnie również - mówię lekko zachrypniętym głosem i zaczynam nerwowo bawić się skrajem sukienki. Niemal niezauważalnie taksuję go wzrokiem. Jest ubrany w czarną, jedwabną koszulę i czarny garnitur, lśniący delikatną zielenią. Ciekawe, czy zbieżność kolorów naszych strojów jest przypadkowa, czy też starannie wyreżyserowana. Na jego lewej ręce połyskuje srebrny zegarek, mankiety koszuli ma spięte drogimi spinkami z diamentem. Muszę przyznać, że jego stylista ma gust.

Jeszcze przed tegorocznymi dożynkami myślałam, że najgorszym, co mnie w życiu może spotkać, jest wylosowanie do udziału w Głodowych Igrzyskach. Nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażałam sobie, że mogę zostać wplątana w coś takiego. Nie chodzi już nawet o fikcyjne małżeństwo - to da się znieść, nikt przecież nie każe nam spędzać ze sobą dwudziestu czterech godzin na dobę. Jedynym co mnie gnębi jest to, że gdzieś tam w Kapitolu jest ktoś z kim teraz powinnam być.

- Chodźmy. Czas zacząć przedstawienie. - Janet prowadzi nas do drzwi. W jej oczach widzę nieme przynaglenie, więc ostatkiem woli chwytam się wyciągniętego ramienia Akwili. Staram się zachować jak największy odstęp pomiędzy naszymi ciałami, ale im bardziej się odsuwam, tym bardziej on przybliża się do mnie. Powoli otwierają się drzwi i owiewa nas delikatny wiatr, niosący zapach hortensji i nadpsutego mięsa, nadal jednak przytłumiony przez perfumy mojego narzeczonego. Świat zaczyna chwiać mi się pod nogami, ale mężczyzna dalej prowadzi mnie na spotkanie kamer. Staram się wyobrazić sobie, że to Mayson idzie obok mnie, chcę odpłynąć myślami jak najdalej, nie chcę już więcej myśleć, czuć, słuchać, mówić. Przed moimi oczami pojawiają się czarne cienie, świat zaczyna wirować, a po chwili wszystko znika.

***

Promienie słońca delikatnie łaskoczą mnie po twarzy. Sennie otwieram oczy i przeciągam się jak kotka. Nie mam pojęcia, jak znalazłam się w mojej sypialni, ale przynajmniej wyspałam się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Mimo to bolą mnie wszystkie mięśnie i jest mi zdecydowanie za zimno. Kręcę się na łóżku, rozglądając dookoła. Słońce chyli się już ku zachodowi, niebo zabarwiło się czerwienią i fioletem. Mój wzrok pada na ciemną postać w rogu pokoju. Zamieram, wszystkie moje mięśnie przygotowują się do walki lub ucieczki, a umysł przetwarza szybko wszystkie informacje. Kto to może być? Musiał się tu znaleźć jeszcze wtedy, kiedy spałam.

- Jesteś z siebie zadowolona? - pyta zimny głos, bez wątpienia wydobywający się z gardła nieproszonego gościa. Dostaję gęsiej skórki, ale staram się, by mój głos nie zadrżał.

- Słucham? - Nic z tego nie rozumiem.

- To pewnie bardzo wygodne. Leżysz tu sobie, smacznie śpisz, podczas gdy ja - Mężczyzna wychodzi z cienia. - muszę sam stawiać czoło pytaniom dziennikarzy. Wystawiłaś mnie na pośmiewisko całego Panem i teraz za to zapłacisz.

Dopiero teraz przypominam sobie, co się stało. - Zemdlałam - szepczę, bardziej do siebie niż do niego.

- Cóż za elokwencja - szydzi Akwila.

- Nie mówiłam do ciebie - odwarkuję, zirytowana. - Tak właściwie to co ty tutaj robisz? To mój dom, nie masz prawa...

- Już niedługo będzie mój - przerywa mi, a jego stalowoszare tęczówki intensywnie się we mnie wpatrują. - Już niedługo ty będziesz moja. - Blondyn zbliża się do mnie na niebezpieczną odległość. Próbuję się od niego odsunąć, ale plecami wpadam na szafę. Jego dłonie w mgnieniu oka chwytają mnie za ręce i brutalnie unieruchamiają.

- Już jesteś moja - mruczy do mojego ucha. Chcę krzyczeć, ale jego język brutalnie wdziera się do moich ust i zaczyna je pieścić. Mężczyzna bez problemu podnosi mnie do góry i rzuca na łóżko, nadal trzymając w żelaznym uścisku. Jego oczy wyrażają pożądanie, moje - przerażenie. Próbuję logicznie myśleć, znaleźć coś do obrony i wymyślić jakiś plan. Kiedy Akwila jest zajęty rozpinaniem mojego stanika, ja z całej siły gryzę go w język. Mężczyzna krzyczy z bólu i na chwilę się odsuwa. Wykorzystuję ten moment, by złapać stojącą przy posłaniu lampkę nocną, którą z dużą siłą uderzam go w ramię. Nie jestem jednak dość szybka - jego pięść w ułamku sekundy roztrzaskuje mi nos i sprawia, że zalewam się krwią. Pomimo potężnego bólu, udaje mi się wyśliznąć spod jego ramienia. Wypadam na korytarz.

- Jeszcze cię dorwę - krzyczy za mną szarooki mężczyzna. - Zapamiętaj to sobie!

Nie zwracam uwagi na jego słowa, chociaż napawają mnie lękiem, ani na zdziwione i zszokowane spojrzenia reporterów z Kapitolu, którzy najwyraźniej jeszcze nie odjechali. Na szczęście nikt nie próbuje mnie zatrzymać. Nie mam się co dziwić ich spojrzeniom, jestem zakrwawiona i prawie naga. Wybiegam na dziedziniec Wioski Zwycięzców, swoje kroki kierując do najbliższego pustego mieszkania. Próbuję uspokoić oddech. Nie mam teraz ochoty odpowiadać komukolwiek na pytania, nawet najbliższym. Czuję się taka... zbrukana, nieczysta.

- Carmen? Co ci się stało? - Janet mnie zauważyła, biegnie w moją stronę przez dziedziniec, depcząc klomby pełne kwiatów. Nie chcę spojrzeć jej w oczy, słuchać jej przenikliwych kazań. Osuwam się na ziemię, łzy same płyną po mojej twarzy.

- Zabierz mnie do Maysona... Proszę - szepczę, zakrywając twarz dłońmi.

_________________
Opornie mi idzie pisanie ostatnimi czasy. Czuję, jak myśli przesypują mi się przez palce. Mogę tylko powiedzieć, że zbliżamy się do końca, na razie małymi kroczkami. A kto jest Potterhead, ten może zauważyć między moim Akwilą a Lucjuszem Malfoyem duże podobieństwo.
A na dodatek... cholera, popełniłabym taki fabularny błąd! I za bardzo zbliżam się z wątkami do kanonu... Pisanie nie jest dla mnie☺W każdym razie zapraszam na mojego drugiego bloga, tym razem nie jest to opowiadanie -> klik Dopiero zaczynam z takim blogowaniem, więc opornie mi to idzie i zabiera cenny czas przeznaczony na pisanie
Miłego czytania.

PS Co ja mam z tymi omdleniami u moich postaci? Jestem leniem XD
PPS Przepraszam za takie kilkumiesięczne przerwy w dostawach kolejnych rozdziałów. Poprawię się, obiecuję ♥

9 maja 2015

Miniaturka 2 ~ Wielki dzień [Hayffie]

[...] miłość - to najstraszliwsza spośród rzeczy nieuchronnych. 
Emil Cioran - „Brewiarz zwyciężonych”

- Halo? Jest tu ktoś?

Kiedy Effie Trinket wsiadła rano do pociągu zmierzającego do Dwunastego Dystryktu, nie miała wyznaczonego harmonogramu dnia, nie wiedziała, co będzie robić, z kim się spotka, z kim i o czym porozmawia. Tak bardzo się zmieniła od czasu rewolucji. Po jej rozentuzjazmowanym wyrazie twarzy i radosnym tonie głosu nie pozostał nawet ślad. Stroje w krzykliwych barwach zamieniła na te w bardziej stonowanych odcieniach, zamiast peruki jej twarz okala czupryna jasnobrązowych włosów. W miejsce kilkunastocentymetrowych szpilek pojawiły się wygodniejsze, lecz nadal szykowne buty. Przez wojnę, a może raczej dzięki niej, zrozumiała, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze. Dlatego przyjechała, by to odzyskać, teraz albo nigdy. To był jej jedyny plan.

W Kapitolu ostatnio wiele się działo. Do zaplanowanych przez prezydent Coin Ostatnich Igrzysk w końcu nie doszło, ale mimo to nie obyło się bez zamieszek i dramatów. Ludzie stracili w tej wojnie wiele bliskich osób, nie było chyba rodziny, która nie ucierpiałaby w taki czy inny sposób. Szpitale pękały w szwach od nawału rannych, sierocińce i domy opieki nie miały już miejsca na przyjmowanie kolejnych sierot i kalek. Szerzyły się epidemie, brakowało podstawowych artykułów. Wygodniccy ludzie, nieprzywykli do przerw w dostawach czegokolwiek, wpadali w depresję lub dostawali obłędu. Znieśli tę rewolucję znacznie gorzej niż mieszkańcy dystryktów. Dla zwykłych obywateli Panem to było wyzwolenie, bilet do lepszego życia, dla Kapitolińczyków był to wyrok, nóż w plecy. "Kraj, który ich karmił, kochał i chronił" teraz zwrócił się przeciwko nim. Istne szaleństwo. Udało się przetrwać nielicznym. Panna Trinket była jedną z nich. Teraz wróciła do najdalszego, najbiedniejszego dystryktu, by... no właśnie, po co?

Na peronie w Dwunastce panowała cisza. Nikt nie zauważył pociągu z Kapitolu, który niemal bezszelestnie odjechał w stronę kolejnego celu. Z oddali dochodziły odgłosy nawołujących na rynku handlarzy i muczących na pastwisku krów, na bezchmurnym niebie od czasu do czasu śmigały rozśpiewane ptaki.

- A więc jednak przyjechałaś - zza pleców młodej kobiety nagle rozległ się dobrze znany jej głos.

- Katniss! - Effie momentalnie się odwróciła i wzięła w ramiona ciemnowłosą dziewczynę. - Jak dobrze cię znów widzieć. A to są zapewne twoje dwa małe szkraby? - Na usta obu kobiet momentalnie wpłynął uśmiech, gdy obserwowały jak ciemnowłosa dziewczynka trzyma na ramionach swojego małego braciszka, próbującego złapać lecącego opodal motyla.

- Cały czas tylko rozrabiają. Musiałam ich wziąć ze sobą - wyjaśniła cichym głosem Kotna. - Nie mam ich z kim zostawiać, szczególnie teraz, gdy Śliska Sae zachorowała, a Peeta... - jej głos się załamał, ale starał się nie okazywać po sobie emocji. Chciała być opanowana i twarda, jak wcześniej, jak podczas Igrzysk. - Effie, Peeta nie żyje.

Momentalnie przed oczami obu kobiet pojawił się obraz młodego piekarza, z jasnymi włosami, delikatnym uśmiechem na ustach i powagą w oczach, cechującą tylko tą niewielką część społeczeństwa, która była naprawdę doświadczona życiem. Effie nie mogła po prostu uwierzyć, że już nigdy nie spojrzy w te oczy, już nigdy nie skosztuje chleba przygotowanego przez jego dłonie. W jej gardle stanęła gula smutku, a jej wnętrze ściskał pierwotny ból.

- Katniss, tak... tak mi przykro - rzuciła w końcu matowym głosem. Zapadła kłopotliwa chwila ciszy. - Kiedy?... Dlaczego?

- Kilka tygodni temu. Wylew krwi do mózgu. Nic nie mogliśmy zrobić. Przeklęty Dwunasty Dystrykt i jego jeden lekarz na kilka tysięcy mieszkańców! - Kotna ze złością kopnęła leżący opodal kamyk, który z brzękiem spadł na tory.

- I pomyśleć, że to u was produkuje się leki dla całego Panem...

- Effie, nie pomagasz - zarzuciła jej Zwyciężczyni. - To nie jest zabawne.

- Jak sobie radzicie?

- Normalnie. Ja poluję, dzieciaki broją. Tylko prymulki w ogrodzie uschły...

Kolejna chwila ciszy, w czasie której myśli kobiet biegły w podobnych kierunkach. Obie wspominały szczęście, które było im dane na tak krótki czas, a które teraz utraciły.

- A Haymitch? - Effie w końcu zdobyła się na zadanie nurtującego ją od początku rozmowy pytania. Od strony peronu powiał chłodny wiatr. Kobieta zbeształa się w duchu za to, że nie założyła na siebie cieplejszych ubrań. Choć był dopiero początek jesieni, często robiło się zimno. Mieszkanka Kapitolu zadrżała, czekając na odpowiedź rozmówczyni.

- A jak myślisz? Pije na umór, nie zadaje się z ludźmi od śmierci Peety. Dawniej zostawiałam z nim dzieci, ale teraz, muszę przyznać, że zaczynam się o nie bać gdy są z nim. - Brązowowłosa uśmiechnęła się z politowaniem. - Wszyscy się zmieniliśmy, Effie. Obawiam się tylko, że on zmienił się najbardziej. Uwierzył, że teraz będzie dobrze. To go zniszczyło. Nadzieja jest matką głupich.

Ostatnie zdanie zawisło nad nimi, gdy powoli zaczęły kierować się w stronę Wioski Zwycięzców. Było przesycone goryczą. Od północy dął przenikliwie zimny wiatr, a na niebie zaczęły pojawiać się chmury. Śpiew ptaków i śmiech dzieci ucichł, zastąpiony szumem liści i szczekaniem psów zamkniętych w okolicznych zagrodach.

- Mogłabym się z nim zobaczyć?

- Oczywiście, jeżeli tylko umiesz wstrzymać powietrze dłużej niż kilka sekund. I radzę uważać z cuceniem go. Nadal śpi z nożem w dłoni.

Panna Trinket puściła jej sarkastyczną uwagę mimo uszu, przytuliła Zwyciężczynię i zapowiedziała, że odwiedzi ją później. Może to było samolubne z jej strony, że nie odwiedziła Katniss od razu, ale teraz była zdeterminowana, by skończyć to, co zaczęła. A raczej zacząć wszystko od nowa. Wiedziała, że gdy usiądzie i zacznie myśleć, najdą ją wątpliwości i obawy. Nie mogła zwlekać, stawiała wszystko na jedna kartę. Pokonała dystans dzielący ją od drzwi domu Haymitcha w niesłychanie szybkim tempie. Energicznie zapukała, a gdy nie usłyszała odpowiedzi, pchnęła drzwi.

Niemal od razu uderzył ją odór alkoholu, rozkładającego się jedzenia i niemytego ciała. Zatykając nos, przekroczyła próg i skierowała się w stronę kuchni. Stamtąd wydobywał się najsilniejszy fetor, więc podejrzewała, że to tam ukrywa się Zwycięzca Drugiego Ćwierćwiecza. Jak zwykle, jej kobieca intuicja jej nie zawiodła. Znalazła go śpiącego na podłodze, w otoczeniu pustych, rozbitych butelek i czegoś, co wyglądało jak resztki lustra.

- Haymitch, coś ty ze sobą zrobił... - Effie ostrożnie wysunęła ciężki, kuchenny nóż z dłoni pijanego mężczyzny. Odgarnęła delikatnie z jego twarzy niesforny lok i potrząsnęła nim. Jeszcze raz. I znowu. Mimo szturchania, uderzania, krzyczenia, a nawet gróźb karalnych, mężczyzna spał jak zabity. Kapitolinka westchnęła i podniosła się z ziemi, aby poszukać dzbanka i czegokolwiek, co możnaby w nim zaparzyć. Kilka westchnień, przeganiania myszy i przekleństw później, w końcu udało jej się znaleźć puszkę czarnej herbaty. Była przeterminowana od kilku miesięcy, ale jak na ten moment była idealna. Panna Trinket ponowiła poszukiwania, w celu odnalezienia w miarę czystych szklanek, więc być może dlatego umknął jej pewien istotny fakt.

 Zza pleców kobiety rozległ się stłumiony jęk i seria siarczystych wulgaryzmów, których wolała nie słuchać. Potem dało się słyszeć skrzypienie podłogi i...

- Effie?.. Co ty tu kurwa robisz?

Całkiem nieadekwatnie do sytuacji, kobieta roześmiała się. To zdanie wydało się jej tak komiczne, że aż nie na miejscu. Jednak, biorąc pod uwagę fakt, iż bez pytania weszła do jego prywatnych kwater, spowodowała mniejszy bądź większy uszczerbek na jego zdrowiu próbując go ocucić i miała w planach zrobić herbatę, mężczyzna miał pełne prawo tak się zachować. Gdy już opanowała w sobie śmiech, zdała sobie sprawę, że nie odpowiedziała na jego pytanie.

- Jestem.

Widziała, że Haymitch próbuje zebrać myśli. Być może była to wina alkoholu, ale szło mu to dość opornie.

- Widzę. Ale co... jak... dlaczego po tylu latach? - wydukał w końcu.

- Dopiero teraz miałam taką możliwość. Pomyślałam, że... może mogłabym... moglibyśmy to naprawić? Wiem, że pewnie nie będziesz tego chciał. Zrozumiem. Ja po prostu... chciałabym tylko... - Teraz to jej plątał się język. Spojrzała na mężczyznę, oczekując jego, równie nieskładnej, odpowiedzi. Zmienił się. Na jego skroni pojawiły się pasma siwych włosów, szczękę pokrywał tygodniowy zarost. Ubrany był w stare, zniszczone ubrania. Kobieta westchnęła. To będzie ciężka przeprawa.

- Może... napijmy się - zaproponował po chwili milczenia Abernathy. Podniósł z ziemi jedno krzesło i przystawił do kulawego stołu, który dawno już zapomniał lata swej świetności. Sam usiadł na stołku, nalewając jednocześnie mętnego alkoholu do dwóch szklanek. Effie spojrzała nań krytycznym wzrokiem.

- Pij, to najlepszy, jaki tutaj mają. Jak na razie nikt jeszcze od niego nie umarł - mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, a w jego oczach, po raz pierwszy tego dnia, zobaczyła ten charakterystyczny błysk. To był jej Haymitch. Zaczynała odnajdywać w nim człowieka, którego kochała.


***

Herbata już wystygła, jednak Effie po nią nie sięgnęła. Była tak głęboko zakopana w swoich myślach, że nie zwracała uwagi na nic innego. To był już... który? Trzeci? Czwarty dzień z kolei w czasie którego nie robiła nic poza rozmyślaniem? Kobieta już nie liczyła. Przestała wychodzić z domu, widywać się z Katniss, bo tylko ją tu znała. On ją odrzucił. Wzgardził jej zaufaniem, jej miłością, po tych kilku tygodniach, kilku pięknych tygodniach. Niech to szlag! A niech  go piekło pochłonie. Jeśli chce wieść życie naczelnego pijaka w dystrykcie, jeśli chce być sam do końca życia, to ona nie będzie się wtrącać. Jego wybór, jego sprawa. Jej zdanie, jej szczęście, to, co było jej, się nie liczyło.

Pieprz się, Abernathy pomyślała gorzko. Dokładnie pamiętała jego wyraz twarzy, gdy zakomunikował jej, że z nimi koniec. Zimny. Zdystansowany. Jego oczy były puste, ciemniejsze niż zwykle. Zostawił ją na lodzie. Nie mogła wrócić do Kapitolu, nie chciała zostać w Dwunastce. O nie, tak szybko się nie poddam, Haymitchu Abernathy! Jeszcze mnie popamiętasz. Jej umysł produkował coraz to nowe sposoby na spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu jej byłego partnera, gdy wyjrzała przez okno. Odrazu zauważyła kłęby dymu wydobywające się z okna domu stojącego opodal. Z domu Haymitcha.

W rekordowym tempie zbiegła na dół i pokonała odległość pomiędzy jej tymczasowym miejscem zamieszkania, a kwaterą Zwycięzcy. Nie zważając na gryzący dym i buchające płomienie, wbiegła przez otwarte drzwi do tego, co jeszcze opierało się płomieniom. Oby jak najdłużej pomyślała.

Znalazła go w sypialni, z nieodłączną butelką wódki w dłoni. W innych okolicznościach zapewne uśmiechnęłaby się na taki widok. Teraz jednak zaniosła się kaszlem i, upadając na kolana, podpełzła do nieprzytomnego mężczyzny. Jego koszula i butelka, którą dzierżył w dłoni, płonęły, ale jego twarz była nietknięta. Leżał tam, na łóżku pośród płomieni, z lekkim uśmieszkiem na ustach i błogim wyrazem twarzy. Obudź się, idioto! krzyknęła w umyśle i spróbowała ściągnąć go z łóżka. W efekcie z jej ciała wyparowała ostatnia iskierka siły, a ona upadła na podłogę, ściskając gorączkowo dłoń Haymitcha i krztusząc się dymem. Więc to tak jest umrzeć próbując zgrywać bohatera pomyślała ironicznie, gdy jej umysł się zamglił. Całkiem tu przyjemnie. Gdyby nie ten dym, byłaby to całkiem przyjemna śmierć. Przynajmniej jest mi ciepło...

***

- Effie, do cholery, co jest z tobą nie tak? Oddychaj, kurwa mać!

- Haymitch... Haymitch, tracimy ją. To na nic.

- Nie ucz ojca dzieci robić, Katniss. Trinket, do jasnej kurwy, obudź się!

- Haymitch, ona nie żyje. Nie obudzisz jej.

- Proszę... proszę, zrób to dla mnie. Nie umieraj...

- Ona... Co z tego, że produkujemy leki, co z tego, że mamy jednostkę strażacką, skoro brakuje nam jednego, cholernego, pieprzonego lekarza?

- Effie... Effie, proszę nie zostawiaj mnie. Za kogo ty się uważasz, żeby robić mi takie coś? Za kogo? Kurwa mać, nie w taki sposób!

Przed zgliszczami, które zostały z domu zwycięzcy 50 Głodowych Igrzysk, zaległa cisza. Strażacy odjechali, pozastawiając ratowanie poparzonej, nieprzytomnej kobiety mieszkańcom. Haymitch zaprzestał reanimacji i teraz trzymał się za głowę, kiwając się w przód i w tył. Katniss, która nadbiegła chwilę wcześniej, teraz przytulała się do jego pleców, próbując go pocieszyć.

- Pieprz się, Abernathy - niespodziewanie dotarły do nich słowa mieszkanki Kapitolu, wyszeptane, nie, wychrypiane, łamiącym się głosem. Jej ciałem wstrząsały dreszcze i silny kaszel. Przechyliła się na bok i zgięła w pół, dusząc się.

- Effie... Effie, kurwa mać, oddychaj!

- Próbuję - usprawiedliwiła się panna Trinket. - Gdybyś tak mną nie trząsł, byłoby mi łatwiej - warknęła z wyrzutem. Haymitch dopiero teraz zauważył, że trzymał ją kurczowo za ramię i przyciskał do piersi.

- Przepraszam. Dziękuję - rzekł poważnym głosem.

- Za co? - wychrypiała kobieta. Nawet nie zauważyli, jak Katniss odchodzi od nich powoli, ze łzami w oczach i szerokim uśmiechem na ustach.

- Za to, że wróciłaś.

- Każdy by to zrobił na moim miejscu - wyrzuciła niemal na jednym oddechu i zwymiotowała. Abernatchy delikatnie dotykał jej pleców i trzymał jej włosy.

- Nie, nie każdy. Ja... wiem, zachowałem się jak ostatni palant - mężczyzna wziął głęboki oddech. Musiał jej to powiedzieć i choć wiedział, że to nie był odpowiedni moment na tego typu wyznania, to czuł, że ona zrozumie. - Wiem też, że pewnie nie chcesz mnie znać. Ale przez te ostatni dni dużo myślałem i... ja naprawdę, cholernie ciebie potrzebuję. Nie jestem ciebie wart, rozumiem, dlatego nie proszę, byś do mnie wróciła. Ale wybacz mi. I nie zostawiaj mnie samego. Pewnie chcę zbyt wiele, ale...

- Zamknij się już wreszcie - warknęła, zmęczona całym jego wywodem. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich wszystkie jego uczucia, nagie i bezbronne. - Oczywiście, że ci wybaczam, idioto. Nadal cię kocham.

- Kochasz? - spytał, jakby niepewny jej słów. Nie wierzył w to, co powiedziała, nie wierzył swoim uszom.

- Kocham, pacanie.

__________________
Dlaczego miniaturka? Może dlatego, że od dłuższego czau bezmyślnie wpatruję się w kusząco czystą stronę, nie wiedząc co napisać. Czuję się wypompowana, wyczerpana. Wiem, że to opowiadanie jest słabe, tym bardziej, że jest ono dopiero moją drugą miniaturką. Wyrażajcie swoje opinie w komentarzach, każdy z nich jest pomocny (ale jeśli macie napisać tylko "Fajny post" i wkleić link do swojego bloga, to darujcie sobie). Pozdrawiam cieplutko! 

PS Piękna byłaby z nich para!

PPS Przepraszam za wulgaryzmy w rozdziale, ale one idealnie oddają charakter naszych bohaterów.

16 marca 2015

Rozdział 27

Oczami Carmen: Tymczasem w drugim dystrykcie...

Ten zapach róż wymieszany z zapachem krwi, którego nie można pomylić z żadnym innym. Nie wiem skąd on bierze perfumy o takim zapachu, ale, jak sądzę, w Kapitolu można znaleźć wszystko.

Kilka dni temu przez drzwi salonu mojego domu w Wiosce Zwycięzców wkroczył prezydent Panem, niszcząc do cna mój i tak już pogruchotany spokój. Ubrany w jedwabną koszulę i zielony garnitur, zachowywał się jak u siebie. Jakby nie patrzeć, cały nasz kraj jest jego własnością. Ludzie starają się wierzyć, że sami podejmują decyzje w swoim życiu, ale tak naprawdę nawet ich myśli są ocenzurowane, każda z nich, nawet najmniej ważna, podlega ścisłej kontroli.

Myślałam, że spotkam go dopiero podczas Turnee Zwycięzców, jak sam mówił, on jednak musiał zrobić wszystko, by mnie dobić. Teraz wymyślił sobie kolejną makabryczną zabawę. Zrobię co musi być zrobione. Mam kłamać? Nie, to by było zbyt proste. Mam zmienić całe swoje życie, począwszy od dziś. Zero sprzeciwu, inaczej wszyscy moi bliscy pożegnają się z życiem. Inaczej Mayson będzie cierpiał.

Wszystko już przygotowane, tak powiedział. Wystarczy, że zagram swoją rolę. Narzędzie tortur, wybrane specjalnie dla mnie, ma na imię Akwila. Wiek 20 lat, 185 cm wzrostu, szare oczy, blond włosy, wąskie usta i idealny nos, nie będący na pewno dziełem samej Matki Natury. Tyle o nim wiem. Niby nic, a musi mi wystarczyć. To, oraz świadomość, że za parę tygodni będę jego żoną. Cudowna perspektywa. No cóż, zrobię to, co musi być zrobione. To przecież taki przystojny, młody mężczyzna, inteligentny i bogaty. Wystarczy tylko małe przedstawienie i będziemy mogli wieść sielskie, fikcyjne życie w Dwójce. Nasz romans podobno trwał już od dłuższego czasu, a on dla mnie przeprowadzi się nawet ze stolicy do dystryktu, bylebyśmy tylko mogli być razem. To normalnie nie jest możliwe, ale uzyskał wyjątkowe wstawiennictwo u prezydenta Panem. Cóż za łaskawość. Muszę to zrobić, by ocalić najdroższe dla mnie istnienia. Rose, Brittany, rodzice, nawet Ron czy Vanessa są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wystarczy, że popełnię jeden błąd, a zginą. Wystarczy jeden błąd, a zginie ten, do którego należy moje serce. A przed śmiercią czekają go długie godziny tortur, które będę musiała oglądać. Patrzeć na to, jak giną jedyni, którym mogłam oddać cząstkę siebie. A potem żyć ze świadomością, że to przeze mnie. Nie wierzę w Boga, ale nawet, gdybym wierzyła, to wątpię, czy mógłby mi teraz pomóc. Muszę liczyć tylko na siebie.

_____*.*_____

Koniecznie czytaj przy tej piosence ------> klik

_____*.*_____

Oczami Maysona: Tymczasem w Kapitolu...

Ból. Rozrywający, potworny, gnieżdżący się w każdej cząsteczce mojego ciała. Purpurowa, gorąca krew, spływająca cichym strumieniem na błękitne kafelki tego przeklętego miejsca. Błękitne jak niebo... Czerwone jak jej usta...

Byle tylko o tym nie myśleć. O wszystkim, tylko nie o bólu. Chciałbym nie być tego świadomym, odpłynąć w krainę marzeń i snów, tam gdzie nikt inny nie zawędrował, albo ukryć się gdzieś w odmętach mojego umysłu, jak najdalej, jak najgłębiej.

Dalej. Głębiej.

Carmen. Nie mieliśmy zbyt wielu pięknych chwil, musieliśmy na przekór wszystkim walczyć o przetrwanie i szczęście. Tak niewiele brakowało, byśmy mogli nareszcie odnaleźć spokój, razem. Ale ten chwilowy azyl zburzył się jak domek z kart, był tylko iluzją bezpieczeństwa, niczym więcej.

Jak można zadawać tak potworny ból z uśmiechem na ustach? Najwidoczniej można, skoro wokół mnie słychać szyderczy rechot wydobywający się z wielu gardeł. A wśród nich to jedno, najbardziej znienawidzone, przeklęte, przez które wszystko się zaczęło. Nie potrafię już nawet zlokalizować, skąd padają kolejne ciosy. Moje ciało przypomina teraz bardziej niekształtną masę, nie zachowało niczego ze swojej dawnej świetności.

Dźwięki, obrazy, słowa i gesty nacierają na mnie ze zwielokrotnioną siłą, choć mój umysł buntuje się przeciwko nim, nie chce już więcej ich przetwarzać. Nagle milknie wszystko, oprócz dwóch głosów: znienawidzonego i ukochanego.

On
Nic nie znaczysz. Umrzesz, a nikt nawet po tobie nie zapłacze.

Ona
To był nic nie znaczący romans. On mógłby dla mnie nie istnieć.

On
Twoja lalunia nigdy cię nie kochała. Robiła to wszystko, by chronić własną skórę.

Ból. Nie wiem, który jest większy. Czy ten fizyczny, czy ten, który czuję w sercu. To niemożliwe. Ona nigdy by tego nie powiedziała. Zmusili ją. Na pewno. To nie może być prawda. 

A jeśli robiła to wszystko tylko po to, by ratować własną skórę? By zdobyć wielbicieli, sponsorów? Jeśli to była gra? Wstrząsa mną kolejny spazm cierpienia. Wymiotuję krwią, wijąc się w agonii. Przestańcie! Osiąga pan swój cel, prezydencie. Proszę już tylko o śmierć, ale otrzymuję kolejne cierpienie.

Śmierć. Przyjdzie po ciebie niezależnie od tego, czy jesteś bogaty czy biedny, piękny czy brzydki. Nie ma sposobu na ucieczkę od przeznaczenia. W życiu pewne jest tylko to, że się skończy. Spotka to każdego - żebraka, bogatego rzemieślnika, starca, dziecko, trybuta, zwycięzcę, obywatela jednego z dystryktów i mieszkańca Kapitolu.

A jednak... to dziwne. Nikt dokładnie nie wie, jak wygląda Śmierć, nikt nie wie, dokąd nas zaprowadzi, więc... może nie istnieje? Czy ma zapadłe policzki i kości obleczone samą skórą? Czy może kaptur naciągnięty tak głęboko, że nie widać jej oblicza? Czy się uśmiecha gdy przychodzi?

Nikt nie żyje wiecznie. Oczywiście można korzystać z darów medycyny i próbować sztucznie odłożyć spotkanie ze śmiercią. Ale czy to ma jakikolwiek sens? Jeśli chcesz dokonać czegoś ważnego, to owszem, ma. Jej nie robi różnicy, kogo zabiera. Jednak o wiele przyjemniej jest odchodzić z poczuciem samospełnienia, satysfakcji z dokonań, zbudowanych i zburzonych mostów, nieprawdaż? Wtedy dosłownie czeka się na moment oddania się w jej chłodne ręce. Nadchodzi czas odpoczynku, poznania swojego wnętrza aż po sam kres.

Są jednak tacy, którym ciągle mało. Widzą i planują swoje życie wiele lat do przodu, wkładają w to wielki wysiłek, wiele zaangażowania i pracy. A wszystko z myślą o sobie. Dla tych ludzi liczy się tylko ich prywatne i bezbrzeżne JA. Nie obchodzi ich cudze cierpienie, niedostatek, cudza śmierć jest dla nich jedynie kolejną bajeczką z odległych krain. Dopiero gdy ktoś zburzy ich misternie uwite i pielęgnowane gniazdko, zaczynają rozglądać się wokoło. Ale to co widzą, nie podoba im się ani trochę.

Czy to już? Ciemność napierająca ze wszystkich stron. I chłód. I światło.




__________________
Jestem okrutna, ale też dumna z tego rozdziału. Jest pisany chaotycznie, ale myślę, że dobrze oddaje istotę tortury jaką przechodzi Mayson. W telegraficznym skrócie - Carmen jest marionetką w rękach Snowa, który używa Maysona i reszty jej rodziny jako argumentu w dręczeniu jej. Powiało kanonem, co nie? Ale koniec tej historii będzie dalece inny, mogę was o tym zapewnić. Jeszcze będzie się działo.
Słowem wyjaśnienia - "On" to nasz ukochany prezydent, "Ona" to Carmen, ale to już chyba ogarnęliście, :)
Co myślicie o wątku fikcyjnego małżeństwa, do którego chce zmusić pannę Johnson nasz kochany prezydent i o tym, że Mayson powoli dostaje obłędu? Czekam na odpowiedzi i pozdrawiam cieplutko!

PS Dziękuję za ponad 9000 wyświetleń i za tyle komentarzy :)

EDIT: Poprawiony, biorę się za nowy rozdział :)

4 lutego 2015

Rozdział 26

Oczami Carmen: Tymczasem w drugim dystrykcie...

- Carmen... Wszystko gra? Od uczty powitalnej chodzisz taka jakby struta. Coś cię gryzie?

- Co? Ymm... Wydaje ci się. - Czyżbym była aż tak transparentna? Odkąd zostałam sama, a szum medialny wokół mojej osoby przycichł, nie mogę przestać myśleć, co się dzieje z Maysonem. Fakt, może trochę przestałam o siebie dbać, ale żeby aż tak było to widać? - Rose, nie musisz się o mnie martwić, naprawdę. Wszystko gra.

Rosalyn, blondwłosa piękność z mojej ulicy, uśmiecha się do mnie ciepło, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów, nadal jednak nie jest przekonana. Bardzo przypomina mi Maysona: tak samo uparta i wierząca we własne racje. Jest ubrana w granatową, krótką sukienkę i sztuczne futro kupione za grosze na targu. Z jej długich i zaplecionych w warkocz włosów wystaje mała, czerwona różyczka.

Rose jest prostytutką, tylko tak może utrzymać siebie i swoją niepełnosprawną siostrę. Ich rodzice zginęli w wypadku w kamieniołomie cztery lata temu, więc zostały praktycznie same na świecie. Blondynka wyciąga pieniądze od Strażników Pokoju. Na początku brzydziła się sobą, ale teraz, jak często mówi, przywykła. Zawsze gdy tak mówi, odwraca wzrok. Chyba tylko ja zauważam, że jest jej ciężko.

Moi rodzice zawsze odnosili się do nich z pogardą, czuli wstręt zarówno do Rose, jak i do Brittany, jej chorej siostry. Ja jednak utrzymywałam z nimi ciepłe stosunki, a w ostatnich latach zaprzyjaźniłam się z Rosalyn. Mój pobyt na arenie jeszcze bardziej wzmocnił tę więź. Czasami mam wrażenie, że rozumiemy się bez słów.

- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi, czy mam zgadywać?

Rose nie daje za wygraną, ma to chyba w genach. W jej oczach zauważam ten charakterystyczny błysk, zdradzający inteligencję. Uśmiecha się do mnie zawadiacko, poprawiając warkocz upleciony z jej długich, jasnych włosów.

- Nie odpuścisz, co? - Wzdycham ciężko. Mogłam się spodziewać, że ona jako jedyna zauważy, że coś mnie gnębi. Moi rodzice, zajęci pracą w pralni i sklepie ogrodniczym, nie zwracają uwagi na mój stan psychiczny. Blondynka przeczy kiwnięciem głowy i z rozbrajającym uśmiechem czeka na moje słowa.

Za oknem śpiewa słowik. Wsłuchuję się w jego trele, przymykając na moment oczy. Gładzę opuszkami palców materiał kanapy w naszym nowym salonie. Moim nowym salonie.

Dom w Wiosce Zwycięzców okazał się bardzo przestronny i bogato urządzony, nawet zbyt bogato jak na standardy naszego dystryktu. Wszyscy myślą, że w Dwójce mamy jak u Pana Boga za piecem, ale rzeczywistość nie jest aż tak kolorowa. Częste braki prądu, wody i ogrzewania to tylko najmniejsze problemy. Do tego dochodzi jeszcze głód, niewystarczająca opieka medyczna, nędza i oczywiście Głodowe Igrzyska. Teraz, gdy stałam się jedną z najbogatszych osób w dystrykcie, z trudem staram się przechodzić obojętnie obok głodnych czy zmarzniętych dzieciaków. Oczywiście staram się im pomagać, ale... moi rodzice uważają, że każdy powinien martwić się o siebie, a ich bardzo trudno przechytrzyć i wynieść coś z domu bez ich wiedzy i nadzoru.

- Chodzi o Maysona - zaczynam tłumaczyć. Rose wpatruje się we mnie skupiona, nie mając już w sobie nic z tej rozbawionej dziewczyny, którą była chwilę temu. Wiem, że mogę jej powierzyć największą tajemnicę. Ona zrozumie wszystko, choć z pewnością nie obejdzie się bez pytań. Myślę jednak, że jestem gotowa na to by jej odpowiedzieć.

- Coco, rozumiem, co czujesz - przerywa mi powoli, ze smutkiem w oczach. Z ulgą zauważam, że użyła mojego dawnego przezwiska, zasłyszanego kiedyś przez nią od mojej mamy. To od tego zaczęła się nasza przyjaźń. Nie wiem, co bym zrobiła bez tego jej optymizmu i promiennego uśmiechu, którym wszystkich obdarza. Mimo, że los tak okrutnie nas obie doświadczył, znajdujemy pociechę w swoim towarzystwie.

- Z pewnością był on dla ciebie bardzo ważny - kontynuuje - ale życie toczy się dalej. To nie mogło skończyć się inaczej. Nie mogliście wyjść z Igrzysk cało oboje. Teraz, jeśli chcesz... pomogę ci nauczyć się żyć na nowo.

Podchodzę do okna, za którym roztacza się widok na nasz rozległy ogród. Dla mojej rodziny wszystko zawsze było prostsze. Kilka źródeł utrzymania, brak konieczności pobierania astragalu, szerokie grono znajomych. Wszystko zmieniło się w tym roku. W te Igrzyska. Nikt, kto choć trochę wiedział o naszej rodzinie, nie przypuszczał, że zostanę wylosowana. Sama tak myślałam. Jak widać, życie lubi płatać nam figle. Jest nieprzewidywalne, ale przecież to właśnie dlatego wydaje nam się takie piękne, czyż nie?

- Nie, Rose. Nie o to chodzi. Z Igrzysk wyszliśmy cało oboje. Po tej... katastrofie w jaskini zabrali go z areny myśląc, że nie żyje. Ale przetrwał, a teraz przetrzymują go w Kapitolu. Zabrali go, rozumiesz?

Odwracam się do niej, a po mojej twarzy powoli spływa jedna łza. Mój głos się załamał, nie mogę wydusić z siebie ani jednego słowa więcej. Tylko w obecności Rosalyn nie muszę się kontrolować, nie muszę grać roli według scenariusza przygotowanego wcześniej przez prezydenta i jego doradców. Mogę być sobą.

- Ćśśś... Spokojnie... Jakoś przez to przejdziemy. - Przyjaciółka podchodzi do mnie i obejmuje mnie ramieniem. Moim ciałem wstrząsa niekontrolowany szloch. Wtulam się w materiał jej sukienki, który szybko staje się wilgotny od moich łez. Brakowało mi tego. Nie, nie płaczu, ale odrobiny czułości. To takie budujące, móc po prostu wyżalić się, wiedząc, że ktoś mnie wysłucha.

Znów siadamy na kanapie, podczas gdy ja wydmuchuję nos w chusteczkę i trochę się uspokajam. Rose znika na moment, a po chwili wraca z dwoma parującymi kubkami z gorącą kawą. Właśnie za to ją kocham - zawsze wie, czego mi trzeba. Sączymy powoli ciepły napój, delektując się jego smakiem.

- Wierzysz mi?

Cisza. Tak bardzo nie chciałam zadać tego pytania, ale chcę usłyszeć jej opinię. Zaraz pewnie powie, że jestem chora umysłowo, albo, że mocno uderzyłam się w głowę. Blondynka odpowiada dopiero gdy utwierdzam się w przekonaniu, że mi nie uwierzyła.

- Wierzę. Pewnie coś mi siadło na mózg, ale wierzę. - Bierze głęboki oddech i dopowiada szeptem - Nie martw się na zapas. Wymyślimy coś. Musimy coś wymyślić. Wyciągniemy go stamtąd choćby nie wiem co.
__________________________
Dziś cały rozdział z perspektywy Carmen i nowa postać, która już od dawna siedziała w mojej głowie. Co o niej myślicie?
To miała być lekka notka, dla przeciwwagi, inaczej przytłoczyłyby was następne rozdziały.
Przepraszam za zastój na blogu, ale mam nowego, małego domownika i pracy przy nim ogrom. Teraz na szczęście trochę wolnego, więc pojawi się więcej rozdziałów, które już są redagowane. Poprawiłam też kilka starszych notek, dobrnęłam chyba do 23. Niedługo cały blog zyska nową, lepszą jakość i może... nowy szablon?

Muza na dziś (specjalnie dla mojej przyjaciółki) ----> klik & klik


Pozdrawiam + czytajcie, udostępniajcie, komentujcie (nie bawię się w obs/obs, kom/kom), liczę na was!

EDIT: Poprawione. Uwielbiam ją -----> klik

9 stycznia 2015

Kolejna szczęśliwa wiadomość!

Wiem, że na pewno z niecierpliwością czekacie na nowy rozdział. Jest w trakcie pisania, nie martwcie się. Teraz wpadam do was z bardzo szczęśliwą wiadomością.

Zostałam nominowana (już po raz kolejny) do konkursu Liebster Blog Award przez blog http://mazmazik.blogspot.com/ Bardzo dziękuję!

Czym jest LBA?

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana też blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwości do ich rozpowiszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Oto pytania które dostałam:

1. Masz fanpejdża?
Nie i nie planuję założyć.

2. Miałaś kiedyś innego bloga?
Tak, pisałam inne opowiadanie, ale usunęłam je po jakimś czasie. Niedługo założę kolejną stronę, tym razem Sevmione.

3. Masz instagrama?
Nie, jakoś nie widzę potrzeby zakładania tam konta. Ale może kiedyś...

4. Co jest twoją inspiracją?
Książki, sytuacje z życia, muzyka i moja najlepsza przyjaciółka Klaudia :)

5. Twoja ulubiona blogerka?
 Nie mam ulubionej blogerki, ale mam kilka ulubionych blogów z opowiadaniami.

6. Masz hejterów?
Tak, ale nie przejmuję się nimi. Biorę do serca tylko uzasadnioną krytykę.

7. Jaki był twój rok 2014?
Poł na pół. W połowie do dupy, w połowie cudownie. Udało mi się osiągnąć wiele rzeczy, ale też w wielu sprawach poległam.

8. Jak się czujesz, gdy na twoim blogu jest nowy komentarz?
Cieszę się, że ktoś, kto czyta mojego bloga, pozostawił swoją opinię :) Ale nie lubię komentarzy typu "fajny blog" i link do strony, albo propozycji obs/obs czy kom/kom.

9. Jak sie czujesz, gdy na twoim blogu jest nowa obserwacja?
Bardzo się cieszę, choć nie mam ich na razie zbyt wiele :)

10. Co robisz, żeby mieć więcej obserwacji?
Reklamuję się na stronach i grupach dla blogerów. Nie lubię wymiany obs/obs, bo moim zdaniem lepiej mieć mniej obserwatorów, ale za to szczerych, niż setki pustych obserwacji.

11. Czy coś ci przeszkadza w blogosferze?
Hejterzy - to naprawdę nie jest miłe.
Zawieszone blogi z opowiadaniami - to jest bardzo niemiłe.

Nominuję tylko dwa blogi, nie mam teraz głowy do wyszukiwania innych blogów:
1. http://meta-nous.blogspot.com/
2. http://great-unknown-feeling.blogspot.com/

Pytanka ode mnie:

1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
2. Jaki jest Twój wymarzony zawód?

3. Lubisz czytać książki? Jeśli tak, to jakie?
4. Co robisz, gdy ktoś mówi Ci, że Twój blog jest okropny?
5. Twoje motto życiowe...?
6. Czy masz w domu zwierzęta? Jeśli tak, to jakie?
7. Jak spędzasz wolny czas?
8. Czy twoja rodzina i przyjaciele wiedzą, że piszesz bloga?
9. Jak wygląda kwestia porządku na twoim biurku?
10. Czy grasz na jakichś instrumentach (poza nerwami swojej rodziny)?
11. Twoja ulubiona postać z książki/filmu to...

O mojej poprzedniej nominacji przeczytacie tutaj ------> klik

Niedługo nowy rozdział! Może nawet w ten weekend uda mi się go zredagować i wstawić. Życzę szczęścia w nowym roku :)